Zrodzony z gniewu

Nigdy w życiu nie myślałam, że zacznę pisać coś innego niż wiersze albo fantastyka. Tym bardziej nie na blogu witryny katolickiej. Ale życie kroczy dziwnymi ścieżkami. Możemy albo iść z grzecznie spuszczoną głową albo podnieść ją z iskrą buntu w oku i powiedzieć „dość! Czas coś zmienić”. Dla mnie to jest taki czas.

Wzięłam się tu niemal znikąd. Nie mam wyjątkowych związków z kościołem, nie jestem teologiem, dziennikarzem… Jestem filozofem i buntownikiem. To wiem o sobie na pewno. I to, że dla mnie rzeczywistość wygląda inaczej. Może i o tym kiedyś opowiem. Ale dziś będzie o gniewie, z którego rodzi się bunt.

Niedzielny ranek. Msza święta gdzie indziej niż zazwyczaj, bo kościół garnizonowy zamknięty przez pandemię. Pójście gdzie indziej nie byłoby dla mnie normalnie dobrym pomysłem, ale nie idę sama. Jest ze mną mama, bo przyjechała na kilka dni. Ona namówiła mnie na to wyjście i po części jest odpowiedzialna za powstanie tego bloga i kilka innych moich działań. Msza toczy się swoim rytmem, ewangelia mówi o cudownym rozmnożeniu chleba. Nic nie zwiastuje późniejszej katastrofy. A wtedy nadchodzi kazanie. Zaczyna się niewinnie. Od mowy o wierze, o potrzebie Boga. A potem zaczyna skręcać na głód duszy, który tylko Bóg może zaspokoić. W głowie zapala mi się ostrzegawcza lampka. Mówi o poszukiwaniu Boga. A potem nagle spada bomba „słyszy się o celebrytach, którzy targnęli się na swoje życie. Oni wszyscy próbowali zaspokoić głód duszy innymi rzeczami nie szukając Boga!”. W głowie przewija mi się lista twarzy i nazwisk Robin Williams, Avicii, Chester Bennington… Wszyscy ofiarami depresji. Choroby tak strasznej, że człowiek zdrowy nie jest w stanie wyobrazić sobie przez co przechodzą chorzy. Wszyscy sprowadzeni do roli przykładu nawet nie zbliżonego do ich prawdziwej sytuacji!

Pierwsza przyszła wściekłość. Przed wstaniem i powiedzeniem księdzu co robi powstrzymała mnie ręka mamy. Rozmawiałyśmy długo po mszy. W tym czasie wściekłość zmieniła się w gniew, który swoim jasnym płomieniem zapalił we mnie bunt. Dość. Już nie mogę. Powstały wtedy plany, w tym pomysł na tego bloga.

Jestem buntownikiem. Wojownikiem stającym między ofiarą i oprawcą. Wilkołakiem – bestią z pogranicza. Piszę z marginesu Kościoła. Z miejsca, w które spycha się tych, którzy piekło mają tu na ziemi. We własnej głowie.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *